Humus lubię. Dawno nie jadłam, a akurat natrafiłam gdzieś w szafie na cieciorkę. Ja miałam ziarna, trzeba je na noc namoczyć i na drugi dzień gotować do miękkości. Oczywiście, ludzie którzy nie lubią utrudniać sobie życia jak ja, mogą kupić gotowe w puszce.
Można dodać bakłażana. Bierzemy takiego czarnego, kroimy i posypujemy solą, alby wyleciała gorzkość. Zmywamy ją. Kroimy w kosteczkę i na patelni podsmażamy.
Jak ostygnie, wrzucamy do blendera czy w dowolny sposób ucieramy na papkę z oliwą, olejem sezamowym a u mnie z olejem lnianym (bo ja wiem, z 2 łyżki).
Dodajemy przyprawy które lubimy- ja jak najmniej, ale sól i pieprz musi być, i troszkę czosnku. I teraz do tego: sok z cytryny i dużo pietruszki. Mieszamy i na świeżą bagietkę a stamtąd już tylko do ust :D
A wieczorem, bierzemy wino, ten humus co przeszedł przyprawami i sobą, bagietki i znajomych. Siadamy i delektujemy się. Do bagietek polecam też dla urozmaicenia gorgonzole i plasterek gruszki, mniam!
A tak to wyglądało. Moje zdjęcia są obrzydliwe, ale się staram. Nie ma jeszcze bloga kulinarnego z brzydkimi zdjęciami- zdaję się, że jestem tutaj pionierką. A przecież turpiści też gotują! a.


Taka pasta nazywa się Baba ghanoush!!! Występuje takżę w wersji bez ciecierzycy...
OdpowiedzUsuńO, dzięki za informację :) I okazuje się, że ktoś już to nie tylko wymyślił, a nawet nazwał przede mną! ten świat..a.
OdpowiedzUsuń